|
|
czwartek, 18 marca 2010
Oj dzieje się. I będzie się działo. Zacząć niewątpliwie należy od wycieczki do mojego rodzinnego miasta w celach komunikacyjnych którą niedawno odbyłem. Komunikacja oczywiście miała być dotyczyć krewetki a odbiorcami tej wiadomości - moi rodzice. Zaraz po przyjedzie - postanowiłem nie zwlekać - powiadomiłem moją Mamę, że w zasadzie to może sie spokojnie przygotowywać do roli babci i ma na to 5 miesięcy. Najpierw zaniemówiła a później zwariowała ze szczęścia. Stwierdziła, że Babcia musi się trzymać bo ma nowe obowiązki i zaczęło się ... kupiła sobie nowe ciuchy, umówiła do fryzjera, a przede wszystkim, zaliczyła kilka sklepów ze sprzętem i ciuchami dla maluchów, żeby obadać co można kupić, dostarczyć i pomóc mi oraz mojej ukochanej w ogarnianiu. Przyznam szczerze jest prześmiesznie. Ale tego się właśnie spodziewałem: radości i optymizmu. Jeżeli chodzi o mojego Ojca - tu sprawa była minimalnie bardziej skomplikowana gdyż on nie miał jeszcze przyjemności poznać mojej 2 połówki i generalnie rozmowę na temat mojego związku odłożyliśmy właśnie na czas mojego przyjazdu. Dla ułatwienia dokonałem niezbędnego zakupu Johnny Walkera Gold Label (doskonały nie da się ukryć). Po pierwszej szklaneczce, którą potraktowaliśmy jako swego rodzaju aperitif przed obiadem rozpoczęliśmy rozmowę. Odpowiadałem prosto i jednoznacznie na pytania wszelakie. Było to niewątpliwie zabawne. Wiedziałem, że Ojciec trochę gra w pokera, sprawdza czy Syn jego w mojej osobie wie co robi. Oczywiście, że wie :) Na koniec, po odparciu nalotu bombowego pytań - wyciągnąłem niezdarnie ajfą z kieszeni i powiedziałem - Tato poszukaj okularów i polej - Chcę Ci coś pokazać. Szklaneczki otrzymały nowe paliwo a ja pokazałem nieco rozmazany obraz krewetki (foto poniżej), mówiąc krótko: Wiesz co to jest?

Odpowiedż brzmiała: Nieeee. (Nie dziwię się - też bym chyba nie zakumał). Ja: Otoż w połowie sierpnia zostaniesz Dziadkiem. (Kurtyna) Gdy pokazywałem mu fotkie - dziwnym trafem staliśmy, więc określenie "usiadł z wrażenia" jest w tej sytuacji jak najbardziej trafne. Później zobaczyłem jak poleciały mu łzy z oczu. Tak właśnie miało być.
Jak nietrudno się zorientować nie mieliśmy żadnego problemu z zakończeniem flaszki whisky. Dobiliśmy jeszcze wieczór butelką czerwonego, wytrawnego dyskutując na tematu przeróżne. W ten sposób w maju jedziemy na podbój Śląska Dolnego w celach zapoznawczych. Poznawać się będą wszyscy - moja ukochana z moim Ojcem, Partnerką mojego ojca z Młodym z Ciotką i oczywiście z moim Dziadkiem, który dowie się, że zostanie pradziadkiem. W każdym razie kupiłem już bilety na samolot - no cóż obiecałem Młodemu, że poleci samolotem. To dopiero będzie cyrk :) PS. Aaa przeprowadziliśmy się. Jest git. Fajne mieszkanie. Ładne. Blisko do przedszkola. Blisko do korpo. Blisko na sushi i po chińszczyznę. Blisko do sklepu z winem. Jest git.
poniedziałek, 15 lutego 2010
Ha. Dobry strzał zaliczyliśmy z mieszkaniem. Duże mieszkanie z tarasem 70 metrów, w sam raz, aby walnąć sobie tam w lecie dmuchany basen. Według Młodego: "Ja na moim miejscu bym kupił, a nie pożyczał". No w sumie może bym i kupił ale nie wszystko jednocześnie. W każdym razie mieszkanie okazało się wolne i przeprowadzamy się w na początku marca. Mamy blisko do pracy, blisko do przedszkola Młodego a także blisko do różnego rodzaju placówek medycznych. A to niewątpliwie wazna sprawa ostatnia bo Ukochana nieustająco łapie infekcje. Martwi mnie to bo nie chcę aby zarówno Ukochana jak i nasz ponad dziesięciocentymetrowy Alien odczuwał zbyt duże niedogodności. Tak bywa i chyba nic się nie da zrobić mądrego prócz odrobiny profilaktyki. W weekend będę w domu i wreszcie zamierzam zakończyć szopkę z nieinformowaniem rodziców o zostaniu dziadkami. Mam na tę okazję przygotowaną flaszkę Złotego Jasia Wędrowniczka która, przekonany jestem, zdecydowanie uświetni moment przekazania informacji. No dobra przyznam się, że dalej robię trochę pod siebie, stad tyle pitolenia na ten temat w ostatnich notkach. Stary koń a zachowuje się jak dzieciak. Wiem, ale to chyba zawsze tak jest. A może zwyczajnie nie mam doświadczenia. Alien podobno już kopie. Tak aplikacja na Androida mówi. Mówi też że tego kopania nie czuć, ale jak kładę ukochanej swoją łapę na brzuchu to mam wrażenie, że go czuję. Raczej psychicznie niż fizycznie. Nie da się jednak ukryć, że więź która się rozwija jest niesamowita. Nie widzę go, ledwo mu się łapki jakieś i inne odnóża wykluły a ja mam wrażenie że rozmawiam z dorosłym gościem. Szajba to chyba jakaś jest. Czuję momentami, że to do mnie powinno się wezwać karetkę i panów z kaftanem.
Powyższe, zdaje się, wpisuje się w pomysł zakupienia Prenatal Musical System dla Ukochanej:

Fajne nie? Tylko co puszczać? Przecież nie będziemy Aliena katować Fields Of The Nephilim, Joy Division czy innymi mrokami, bo urodzi się total emo i może mieć z założenia pomalowane na czarno oczy i łapać za żyletki. To moze lepiej juz jakieś wesołe kokojambo i do przodu.
czwartek, 28 stycznia 2010
Młody po krótkiej indoktrynacji zaczyna chyba kumać, że z małym dzidziusiem w brzuchu Ukochanej to nie żarty. Po początkowej panice i ogólnym niezadowoleniu z konieczności potencjalnego dzielenia się czasem i przykuwaniem uwagi wszystkich wokół z fasolką tudzież inną krewetką - przyszedł czas na pogodzenie się z tym, że inaczej nie będzie. "So be it" jak mówił główny bohater Pump Up The Volume (w tej roli Christian Slater jakby co). Ukochana się skupia na łapaniu infekcji wszelkiego rodzaju, nie żeby tak sama chciała, ale ani pogoda ani ostatnio tempratura w miejscu pracy nie zachęcała do spacerów, a raczej do wygrzewania się pod kocykiem. No cóż niestety nie zawsze tak się da. Wygląda też na to, że muł pancerny atakujący Ukochaną każdego dnia uspokoił się i nie ma zamiaru dokazywać. I dobrze. Zrobione też zostały wszelkie możliwe i niemozliwe badania krwi i sików. Zasadniczo, żadne większe świństwo się nie przypałętało choć w kilku pomniejszych miejscach coś jest nie halo. Trudno. Lekarz poradzi co zrobić z tym fantem. A lekkie doły i poczucie zagubienia osobiście staram się niwelować wszelkimi sposobami. Udanie lub niekoniecznie. Natomiast ja skupiałem się ostatnio na rozkminianiu problemu mieszkaniowego. W sumie dałem delikatnie dupy zapominając o tym, że Wafka zacznie być placem boju dla 2 linii metra i przebywanie, mieszkanie i funkcjonowanie w pobliżu potencjalnych stacji, robót, wykopów moze zdecydowanie popsuć mi humor. Tak więc prace przy Wileńskim zaczną się koło 1 kwietnia i to chyba będzie deadline na wyprowadzkę. Tylko gdzie? Najrozsądniejszym wydaje się Saska Kępa. Blisko do przedszkola a i park blisko - żeby ukochana miała gdzie spacerować z wózkiem jak Alien obrodzi. Jest tylko jeden problem - nie chce mi się, choć samo wyszukiwanie mieszkań jest spoko zajęciem.
piątek, 22 stycznia 2010
Nie czuję się dobrze. Pal sześć rzygi, zaparcia i senność, które mijają równie szybko jak wspomnienie o pierwszej dziewczynie, jak czasy podstawówki, zbite butelki, pobite lufki, zgodnie z ciążowym rozkładem jazdy, przyzwoicie, bez większych odstępstw od normy, jak wyniki badań bo zaczęłam przykładne medical fiction i robię te wszystkie testy w sikach, krwiach i śluzach. Nie czuję się dobrze, film mi się za dnia zrywa, budzę się w nocy, czując gdzieś trzepotanie ćmich skrzydełek niepokoju, nie umiem się skupić na rozmowach, zawalam terminy i pierwszy raz w życiu nie jestem gwiazdą na przeintelektualizowanych kreo spotkaniach w pracy. Na maile już dawno przestałam odpisywać.
Miss Li, panna nadobna, tak ostatnio doskonale w roli matki, przyjaciółki i kochanki osadzona, nie przepada za przyznawaniem się przed sobą samą, że chyba już pojmuje niechlubne źródło swojego przewlekłego smuteczku, wot hormony przecież, wot rozsadzająca biodra macica, wot, takie rzeczy się babkom w ciąży przytrafiają, wystarczy to przespać, przeczekać, urodzić, nie trzeba od razu rozmawiać. Więc każdego dnia zadaję sobie obszerną pracę domową z życia, żeby już przestać, odpuścić, żeby zapomnieć o złych rzeczach, które się odstały i nigdy się nie staną i zająć się czymś dla ludzkości pożytecznym - niestety, nie opanowałam jeszcze trudnej sztuki niemyślenia. I dalej mi źle, smutno i czegoś się boję, sama nie wiem czego, chyba trochę na zapas a im delikatniej i ofiarniej opiekuje się mną Ukochany, tym bardziej mi niewygodnie z przytłaczającym poczuciem zagubienia, które się do mnie przykleiło i wcale nie chce minąć.
Może po prostu już tak się czasem zdarza.
sobota, 16 stycznia 2010
Kilka dni temu była chwila grozy. No może trochę przesadzam. Ale oglądanie Ukochanej zwijającej się z bólu nie należy do specjalnie przyjemnych widoków. Szczególnie jeżeli nie ma możliwości aby pomóc w jakikolwiek sposób. Pozostały nocne telefony do lekarzy i niepewność tego co się dzieje gdy pojechała do najbliższego szpitala. Opowieść, którą usłyszałem po jej powrocie związaną z traktowaniem człowieka w miejscu w którym powinien zostać objęty opieką szczególnie gdy deklaruje, iż Alien mały bo mały lecz jednak w drodze jest, wzburzyła mną niewątpliwie. I nie mam co do tego absolutnie żadnych wątpliwości, że pozostawania wobec pracodawcy w stosunku firma-firma i wrzucanie do ZUSu najniższej możliwej kwoty oraz samodzielne opłacanie prywatnego ubezpieczenia medycznego to jedyny rozsądny ruch w dzisiejszych czasach. Sam miałem sporo problemów ze zdrowiem i wzywanie od czasu "prywatnej" karetki było standardem mniej więcej raz w miesiącu. Zawsze uśmiechnięci, mimo 4 nad ranem, pomocni i fachowi. Nieważne. Ważne, że z Ukochaną i Alienem wszystko dobrze. Ja, ja w międzyczasie nadal trenuję gry i zabawy z młodym Trenerem. Całkiem nieźle się dogadujemy. Przynajmniej takie mam poczucie. Nawet jak zaczyna się mały dramat z powodów bliżej nieznanych zaczynam czuć co należy zrobić aby ów dramat zniknął a radocha zagościła na twarzy Młodego. To fajne uczucie widzieć jak zmienia się humor kogoś, jak można na niego wpływać tak aby był szczęśliwy i zadowolony. Fajnie nam się gada i chodzi na zakupy. Ukochana chyba jest trochę zazdrosna, że Młody czasami mnie nieco faworyzuje. Ale to już chyba jest. Faceci to w końcu zawsze się muszą jakoś dogadać. Po głowie wciąż chodzi mi kwestia powiadomienia moich rodziców o tym, że nie ma lekko - zostaną babciami/dziadkami (niepotrzebne skreślić). Jadę do nich w 2 połowie lutego. Dżizas - to jeszcze cały miesiąc. A ja mam jeszcze tyle rozmów telefonicznych przed sobą. Rozmawiam przecież z nimi przynajmniej raz w tygodniu. Pilnuję się, żeby się nie wygadać i trochę to męczące. Spoko, pomęczę się jeszcze chwilę. Dam radę, w końcu to pierdoła, bo niby wiem jak zareagują, wiem że będą się cieszyć ale i tak czuję stres. A to akurat coś czego dawno nie czułem. Już dawno nauczyłem się pozbywać stresu związanego na przykład z pracą. A tutaj jest ten niepokój, taki jak w liceum, ze ściśniętym żołądkiem, wiadomo, nie?.
|